JuvePoland Club

28.01.2010 12:24:48 | komentarzy: 0 | czytano: 520 razy

Bardziej z przypadku i pomocy innych niż z zaplanowanego działania część wakacji w 2009 roku spędziłem w małej wiosce De Kwakel znajdującej się ok. 15 km na południe od Amsterdamu. Głównie oddawałem się pracy, jednak w czasie wykonywania prostych czynności fizycznych przynoszących wymierną korzyść finansową, która pozwalała mi na hulaszcze życie studenta, w mojej głowie rodziły się pomysły, które jako kibic Juventusu po prostu musiałem zrealizować, a biorąc pod uwagę bardzo dogodne połączenia kolejowe konstytucyjnej stolicy Holandii z innymi częściami Europy, siedzenie w domu byłoby swojego rodzaju nietaktem.

Pierwszy pomysł podsunął mi współlokator, który szukał współtowarzysza wyjazdu do Hagi. Biorąc pod uwagę zgodę, jaką mają między sobą kibice Juventusu i miejscowego Den Haag, idea ta przypadła mi do gustu, jednak ja chciałem czegoś więcej. Momentalnie przyszło mi do głowy jedno miasto, będące historycznym punktem w naszej historii – Bruksela. Stadion Heysel, na którym 29 maja 1985 roku Bianconeri zdobyli swój pierwszy Puchar Mistrzów stał się miejscem śmierci 39 osób i stał się celem mojego wyjazdu, w którym chciałem oddać hołd zmarłym tam kibicom.

Solidne przygotowania trwały ponad tydzień. Z domu dostałem mapę Brukseli, a codziennie po pracy jeździłem do sklepów kupując najróżniejsze akcesoria, które były niezbędne do planowanej podróży: markery, znicz (z tym był niemały kłopot), prześcieradło czy kije bambusowe (choć te akurat znalazłem w pracy) potrzebne do zrobienia transparentu, na którym ostatecznie i po długich namysłach znalazł się napis: „Non dimentichiamo. Per sempre nei nostri cuori.” („Nie zapominamy. Na zawsze w naszych sercach.”).

W sobotę 12 września wstałem wcześnie rano, spakowałem się i wsiadłem na rower (co się śmiejesz jeden z drugim, w Holandii to niezwykle popularny środek transportu) i pojechałem do miejscowości Uithoorn, skąd odjeżdżały autobusy do Amsterdamu. Sam dworzec kolejowy sprawiał ogromne wrażenie: ciekawa architektura, schludne i punktualne pociągi, ogólny porządek, świetna organizacja i bezproblemowa komunikacja w języku angielskim ze wszystkimi pracownikami były największymi zaletami. Cena biletów była nieco wyższa niż początkowo zakładałem (niestety nie dostałem żadnych zniżek na podstawie legitymacji studenckiej), ale z wydanych 50 euro za przejazd w dwie strony, nie żałuję ani centa.

W Belgii początkowo przeżyłem małe rozczarowanie. Mając w pamięci dworzec w Amsterdamie, w politycznej stolicy Europy spodziewałem się zobaczyć coś podobnego. Jednak tamtejsze realia, co bardzo mnie dziwiło, bardziej przypominały te polskie niż holenderskie. W dodatku odsetek ludzi sprawnie posługujących się językiem angielskim niepokojąco spadł. Według mapy sprawa wyglądała bardzo prosto. Z Gare du Nord (dworzec północny) do dzielnicy Heysel dzieliły mnie zaledwie dwa przystanki metra. Jednak oczekiwane przeze mnie numer 81, który miał mnie zawieźć do celu, dziwnym trafem nie kursował, co stanowiło pewien problem. Z rozmowy z przypadkowo napotkaną turystką dowiedziałem się, że muszę się cofnąć na dworzec południowy (dokładnie 6 przystanków w przeciwnym kierunku do Heysel) i tam szukać innej linii. Mimo, iż wydawało się to nielogiczne, był to mój jedyny pomysł i o dziwo wypalił bez większych problemów.

Sama dzielnica Heysel również nie rzucała na kolana. Na samych obrzeżach znajdował się jakiś supermarket, kino, w tle majaczyło słynne Atomium. Na stadion doszedłem od tyłu, gdzie znajdowała się siłownia. Spotkany Chińczyk twierdził, że raczej nie wejdę do środka, ale mogę spróbować od strony bram wejściowych. W ogóle to nie mógł za bardzo uwierzyć, że przyjechałem do Brukseli tylko po to, żeby zobaczyć ten niezbyt okazały stadion.

Podniecenie rosło z każdym krokiem i byłem jakoś dziwnie spokojny, że przejechanie ponad 200 km nie pójdzie na marne i będę mógł wejść do środka. Moje przypuszczenia potwierdziły się, choć trzeba przyznać, że miałem masę szczęścia: stadion był otwarty tylko dwa razy w tygodniu w ściśle określonych godzinach. Po rozmowie z sympatycznym czarnoskórym pracownikiem obsługi dowiedziałem się, że bilet wstępu kosztuje 6 euro. Po uiszczeniu tej opłaty dostałem mapę obiektu i coś w rodzaju karty magnetycznej, która pozwalała mi na swobodne korzystanie z większej liczby atrakcji. W drodze na trybuny mogłem zwiedzić m.in.: pokój prasowy, szatnię piłkarzy Anderlechtu, pokój odpraw, pomieszczenie, w którym przeprowadzane były kontrole antydopingowe (znajdowało się tam również dosyć ciekawe radio, z którego puszczane były komentarze do słynnych bramek; udało mi się rozpoznać np. trafienie Maradony z Mundialu w 1986 roku w meczu przeciwko Anglii). Na korytarzach wisiały plakaty opisujące wydarzenia sprzed 24 lat. Następnie moim oczom ukazała się murawa i trybuny, na których przed przebudową w 1995 roku wydarzyła się tragiczna historia. Mimo trwających akurat prac remontowych dało się wręcz wyczuć powagę sytuacji. Znalazłem drogowskazy informujące o konkretnym celu mojej wyprawy: specjalnie przygotowanym pokoju, który upamiętniał wydarzenia z maja 1985 roku. Na jednej ścianie wisiał monitor, na którym wyświetlane były archiwalne filmy, na drugiej tablica z nazwiskami 39 ofiar. Niezwykle miłym akcentem było zobaczenie wieńców położonych pod nią przez inne fan-cluby Juventusu. Podpaliłem znicz, przestawiłem wszystkie rozstawione krzesła, które przeszkadzały mi w robieniu zdjęć. Nagle uświadomiłem sobie, że oprócz robotników pracujących na niedostępnej dla mnie części trybun, jestem sam na stadionie, a chciałem mieć fotografię z wcześniej przygotowanym transparentem na tle murawy. O pomoc poprosiłem wspomnianego wcześniej pracownika obsługi, który tym samym stał się nieoczekiwanym bohaterem tej przygody. Niestety, pokręcił coś z zoomem, przez co trzeba było wszystko powtarzać od początku. Tym razem stanął na wysokości zadania, aby po chwili czmychnąć ukradkiem, prawdopodobnie w obawie, żebym go jeszcze o coś nie poprosił. Po wyjściu pomocny okazał się instruktor nauki jazdy, który zrobił mi zdjęcia przed stadionem.

Następnie udałem się w drogę powrotną dobrowolnie rezygnując z dalszego zwiedzania Brukseli. Zadanie swoje wypełniłem w 110%, bo wcześniej nie przypuszczałem, że będę mógł aż tyle zobaczyć. W domu byłem ok. 23 i z uczuciem spełnienia natychmiast zasnąłem.

ZOBACZ GALERIĘ


Autor: M.


Aby móc komentować, musisz być zarejestrowany i zalogowany.